17 sierpnia 2018
W relacji z ciałem.

Relacja z naszymi ciałami to jeden z najbardziej złożonych tematów warsztatów, z jakimi mierzymy się na sali. Ta relacja niby tak naturalna i prosta, a zostaje już w początkowych latach życia „wykolejona” w wyniku różnych doświadczeń, przekonań a także otoczenia, w którym żyjemy.

W relacji z ciałem

Wielu z nas nie lubi, nie znosi, nie cierpi a nawet nienawidzi swojego ciała. Słyszę, jak mówicie opisując tę relację:

  • nienawidzę tego worka (mojego ciała), który mi ciąży i który muszę dźwigać każdego dnia
  • jest mi obojętne, mogłoby go nie być
  • nie mogę na nie patrzeć
  • najgorsze jest lato, bo wtedy nie ma jak się ukryć
  • odkrywam, że z wiekiem ono się zmienia na jeszcze gorsze
  • zawiodło mnie nie raz, więc nie mogę mu ufać
  • nienawidzę swojego: brzucha, ramion, piersi, twarzy
  • trądzik to największy wstyd, to właściwie mogło by być logo wstydu
  • to ciało po ciąży nie może się podobać, nikomu, ani jemu, ani mnie.

Słuchanie tego porusza mnie na wielu poziomach - zawodowo i prywatnie. Wyobrażam sobie wtedy, że gdyby to ciało nasze było osobną osobą, to jak mogłoby się poczuć słysząc przez lata płynące w swoją stronę takie komentarze. Chyba umarłoby z bólu. 

Wiecie i tu nie chodzi o „właściwe” czyt. modne teraz rozmiary takie czy śmakie, tu chodzi o coś więcej. Tu chodzi o jakiś rodzaj dezintegracji, jakiegoś porzucenia, osierocenia swojego ciała, a często wymierzania w jego kierunku kar i surowej oceny. 

To temat, tak jak pisałam wyżej, cholernie złożony, więc nie zaadresuję wszystkiego dzisiaj ale chcę jedną rzecz naświetlić i posłużę się wycinkiem własnej historii.

Jak już wiecie, chorowałam długo na zaburzenia odżywiania a efektem tej choroby jest między innymi zaburzony obraz własnego ciała i szalenie krytyczny stosunek do niego. Chore osoby nie widzą swojego ciała, takim jakie ono jest. Widzą je kompletnie zniekształconym, więc powrót do zdrowia to przede wszystkim odzyskanie umiejętności powrotu do własnego ciała. Ale żeby to było możliwe, to bramą przez, którą trzeba przejść jest: AKCEPTACJA tego, jakie ono jest tu i teraz ze wszystkimi pięknymi i niepięknymi elementami - a to jest o-rety-ja-nie-mogę-tysiąc-pięćset-milionów-razy-trudne. 

Akceptacja, to krok pierwszy, kluczowy. A później potrzebne jest „ponowne wejście we własne ciało”. W procesie oswajania trochę to przypomina odwiedzenie starego znajomego, którego udawaliśmy, że nie znamy albo nie chcemy znać. A potem tak się z nim zaprzyjaźniamy, że decydujemy się zostać na zawsze i wzajemnie o siebie dbać. 

Moją drogą powrotną do własnego ciała były i właściwie nadal są medytacja i ruch. Rezerwuje czas na bezruch i pytanie swojego ciała: co czuje i czego potrzebuje. Wiem, że kiedy tego nie robię to skręcam w stronę „zagubienia” i błędnych wyborów. A jeśli chodzi o klasyczny ruch, to po latach katorgi fizycznej, po latach, w których mierzyłam swoją wartość wydatkowanym na sport czasem i spalonymi kaloriami, udało mi się go odczarować. To już nie jest ruch, który nie uznaje przerw, kontuzji, potrzeby odpoczynku. To jest ruch, który dzieje się w imię ruchu a nie celu. I zaznaczam, że nie jest tak, że było kiepsko a teraz jest pięknie i już to wszystko, co złe za mną. Akceptacja mojego ciała to stała część mojego bycia ze sobą. Codziennie widzę siebie w lustrze i codziennie uczę się krok po kroku być ze swoim ciałem. Nadal ten moment w szatni przed treningiem do łatwych nie należy. Nadal kiedy staję w asanie, która przypomina mi, że moje ciało jeszcze tego czy śmego nie potrafi, mam dudniący odgłos krytyka wewnętrznego, który chce grzmieć i krzyczeć. Mam go. Ale mam coś jeszcze. Mam umiejętność zauważenia tego głosu „w porę” i łagodzenia jego słów. Wiem, że moje ciało, jak każde ciało, potrzebuje szacunku. Tak w słowach jak i czynach. Więc szukam w tym monologu wewnętrznym szacunku do mojego ciała, które swoje w życiu przeszło, które się już nieźle nacierpiało i które porzucałam wielokrotnie. 

Dla mnie jednym z ważniejszych odkryć była świadomość, że uciekanie od własnego ciała nie tylko jest bez sensu, bo fizycznie nie jest możliwe ale też psychicznie czyni wiele szkód. To porzucanie naszych ciał, oddala nas od czerpania wiedzy płynącej:

  • z mądrości ciała
  • z ufania, temu co mówi
  • z siły, którą może nam dać
  • z emocji, które przez siebie przepuszcza
  • ze zdrowia, które nam oferuje
  • z intuicji, którą ożywia.

Akceptacja i wynikające z niej integracja z własnym ciałem to nie jest jakieś tam pitu pitu. To jest moc. To jest jak odnalezienie swojej pierwszej miłości. Jak odnalezienie źródła, które nigdy nie wysycha. Jak spotkanie z kimś, kto wiesz, że zawsze chce być po Twojej stronie i wreszcie Ty po jego też. To bycie we dwoje z własnym ciałem, analogicznie jak w relacji z drugim człowiekiem, może nas osłabiać a może dawać potężną siłę. Wróćmy więc do najbliższego nam domu. Wróćmy do ciała. Wróćmy do siły. Wróćmy do siebie.

Jestem psychologiem specjalizującym się w tematyce wstydu i odwagi. Współpracuję z osobami i zespołami świadcząc usługi coachingowe i szkoleniowe zarówno dla klientów prywatnych, jak i biznesowych.

Podziel się:

Kategorie

Ostatnie posty

18.06-1
Spark in the dark.
Dziś w ramach cyklu spotkań (po)wolna sobota w Pałacu Potockich w Krakowie, niejaka wspaniała Aga Kozak zapytywała mnie o wiele rzeczy. Jeden z wąt...
17.06
Przeprosiny.
Dziś prowadziłam warsztaty podczas których wywiązała się dobrrrrra dyskusja o przepraszaniu. Cóż to jest za kompetencja. O panie!
Bez-tytulu
Sukienkowatość.
Łazienkowe selfie modowe z Paryża. Musicie wiedzieć (nic nie musicie ale ten zwrot jakiś taki ładny), że ja baaaaaaaaardzo długo w swoim życiu nie ...

Tagi

Posłuchaj podcastu

Oglądaj mój kanał na YouTube

Na stronie używam ciasteczek, są bez mleka i cukru, słodzone miłością do znaków. Pliki cookies są zapisywane w pamięci przeglądarki internetowej. Chcesz wiedzieć więcej, kliknij tutaj