Jesteśmy bombardowani hasłami o poczuciu własnej wartości z tysięcy książek, nagrań, wystąpień, kursów i konferencji. Są takie dni, kiedy jedyna rzecz, jaką dam radę znieść z tym tematem związaną, to zgrabna samodzielnie stworzona rymowanka do „poczucie wartości” - a brzmi ona: 

Poczucie wartości

...poczucie własnej wartości rymuje się ze srości
trochę też z gości
a trochę z kości
no litości…
niech już wreszcie prawdziwa moc w nas zagości...
:)

No dobrze, ale co właściwie oznacza mieć poczucie własnej wartości?

No na przykład to oznacza gotowość do porzucenia jednej z moich ulubionych prywatnie i zawodowo ról życiowych a mianowicie roli: ofiary. 

Perspektywa ofiary jest nadzwyczaj kusząca, bo zwalnia ofiarę z wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Zamiast brać sprawy w swoje ręce, serce i głowę, to przerzucamy winę na rodziców, na pracę, na brak miłości, na jej nadmiar, na rodzinę dalszą i bliższą, na kraj, na partnerów, partnerki, dzieci, psy, koty, szkoły, branżę, nauczycieli, księży, religie, rządy, wychowanie itd. Ta lista nie ma końca. Ileż ja się osłuchałam powodów, dla których „jest mi Asia tak ciężko i trudno i, nic absolutnie nic się z tym nie da zrobić, bo tak to już jest”. 

No i w jakimś sensie, to jest całkiem niegłupia strategia, bo perspektywa bycia tym pokrzywdzonym ogniwem daje nam wbrew pozorom bardzo dużo. Daje np. możliwość użalania się nad sobą. Czyli sięgamy po sposób, który jest karkołomną wersją wspierania samego siebie. Można by było więc postawić hipotezę, że stawiamy się w roli ofiary, żeby dać sobie czas i przestrzeń a od innych "wyżebrać" uwagę, czułość, troskę. Tyle tylko, że o zgrozo ubrani w ofiarę tego nie dostaniemy, bo ofiara ma na sobie cholernie nieprzepuszczalną powłokę i co do niej będzie chciało przeniknąć, nie dotrze. Osią życia ofiary jest szukać uwagi, troski, zrozumienia i nigdy ich nie przyjmować.

Ofiara ubiera się więc w takie oto przekonania:

  • gdyby nie to i tamto, to mogłabym być kimś innym a tak, to co ja mogę?
  • świat nie jest dla mnie łaskawy, zawsze mam pod górkę
  • inni mają łatwiej a ja mam tak trudno
  • to wszystko przez rodziców, nie dali mi tego i tamtego
  • gdybym wychował się a ojcem, to mogłoby by być zupełnie inaczej
  • mojej siostrze to się udaje, a mi
  • gdyby nie wczesna ciąża, to moje życie zawodowe miałoby inny przebieg
  • gdyby nie matka, to umiałabym ufać ludziom
  • to, co mi się przydarzyło, utorowało mi drogę i już nic tego nie zmieni
  • nie odważę się kochać, bo ktoś mnie zranił, a wszyscy ludzie prędzej czy później ranią, więc już wolę nie ryzykować

Analiza transakcyjna, w dużym uproszczeniu mówi, że życie to taki taniec między trzema rolami: ofiarą, oprawcą i wybawcą. Czasem sami pełnimy te wszystkie role dla siebie i wcale nie potrzebujemy kogoś zewnętrznego do „pomocy”. A czasem są to realne osoby, które świadomie lub nie zaczynają pełnić jedną z wyznaczonych „przez system” ról. 

Wracając do poczucia własnej wartości. Ten zwrot oznacza, że czujemy wartość samych siebie. Czujemy, że to kim jesteśmy już samo w sobie jest wartościowe. A to wymaga odwagi i szczerej akceptacji tego, co w sobie lubię i tego, czego jeszcze nie. Akceptacji tego, co we mnie jasne i ciemne. Akceptacji tego, że kiedy ściągnę warstwę roli społecznej, statusu materialnego, wykształcenia, sukcesów, porażek, rolę ofiary, wybawcy czy oprawcy - to zobaczę siebie bez tego wszystkiego. I pytanie brzmi… czy wtedy będę mogła powiedzieć, że "taka naga" jestem wartościowa. Ja, jako ja i tylko jako ja, bez tych wszystkich warstw - czy naprawdę dla siebie samej jestem wartością?

A tego się boimy, bo boimy się, że bez tych wszystkich otoczek, bo prostu nie polubimy siebie samych i inni też nie. Boimy się, że nie odnajdziemy swojej wartości, a to może boleć. Dlatego zakładamy warstwy ochronne w postaci tożsamości, które nie są prawdą o nas samych, ale dają złudzenie ochrony przed bólem. A cały paradoks polega na tym, że rzeczywiście chronimy się przed bólem zewnętrznym, który nawet nie zdaży dotrzeć, bo wcześniej sami siebie ranimy udając kogoś, kim nie jesteśmy

Wyjście z tego obłędnego koła jest jednocześnie proste i trudne jako cholera. Wyjściem jest coś, co Tara Brach nazywa: radykalną akceptacją. W książce pod tym samym tytułem pisze tak:

Granica naszej akceptacji jest jednocześnie granicą wolności, na jaką jesteśmy gotowi.

Jestem psychologiem specjalizującym się w tematyce wstydu i odwagi. Współpracuję z osobami i zespołami świadcząc usługi coachingowe i szkoleniowe zarówno dla klientów prywatnych, jak i biznesowych.

Podziel się:

Kategorie

Ostatnie posty

18.06-1
Spark in the dark.
Dziś w ramach cyklu spotkań (po)wolna sobota w Pałacu Potockich w Krakowie, niejaka wspaniała Aga Kozak zapytywała mnie o wiele rzeczy. Jeden z wąt...
17.06
Przeprosiny.
Dziś prowadziłam warsztaty podczas których wywiązała się dobrrrrra dyskusja o przepraszaniu. Cóż to jest za kompetencja. O panie!
Bez-tytulu
Sukienkowatość.
Łazienkowe selfie modowe z Paryża. Musicie wiedzieć (nic nie musicie ale ten zwrot jakiś taki ładny), że ja baaaaaaaaardzo długo w swoim życiu nie ...

Tagi

Posłuchaj podcastu

Oglądaj mój kanał na YouTube

Na stronie używam ciasteczek, są bez mleka i cukru, słodzone miłością do znaków. Pliki cookies są zapisywane w pamięci przeglądarki internetowej. Chcesz wiedzieć więcej, kliknij tutaj